poniedziałek, 12 września 2016

Służba zdrowia.

O tym, że żeby w Polsce chorować, to trzeba mieć zdrowie, zapewne już wiecie ;) Taki paradoks, w którym jest sporo prawdy.

I don't know if you know, but to be ill in Poland, you have to be healthy ;) Such a paradox with a lot of truth in it.





Potocznie mawia się, że leczenie w Polsce jest bezpłatne. W praktyce, co miesiąc z naszych pensji są odliczane składki zdrowotne. Jeśli chce się dłuższej wizyty, często z szybszym terminem, wybieramy leczenie prywatne, płatne gotówką. Z lżejszymi chorobami, czy po recepty, zasuwamy do przychodni. I teraz kilka autentycznych scenek, których powodem są, a jakże - kolejki. Bo pan tu nie stał, a w ogóle to gdzie pani ma numerek, a ja byłem pierwszy i pani mi się chce wcisnąć, niby tylko się o coś spytać, a tak naprawdę to na całą wizytę. I dalej w ten deseń. Szaleństwo.

People say that medical treatment in Poland is without payment. Practically, every month there's an amount of money taken from our salaries for a health insurance. If we want a longer visit and a shorter period of time to wait for the visit, we go to the doctor's and pay money with a cash: that's called private medical treatment. If we aren't very seriously ill, f. ex. we got a cold or simply need a prescription, we go to a health centre. And now a few authentic scenes, that were caused by - of course - queues. Because this man didn't stand in the queue, and that woman's number in queue isn't authentic, and I was first and she wants to go inside the doctor's study before me, pretending she only would want to ask the doctor something while in fact she wants to have a full visit. And so on. Madness.




Sytuacja nr 1. 

Kolejka do lekarza przyjmującego od ósmej rano. Jestem zapisana na ósmą, jako pierwsza. Jak się okazuje, nagle magicznie przede mną znajdują się trzy osoby! Bo lekarz, do którego chodzą, nie przyszedł do pracy, a przyjmował od wcześniejszych godzin i oni do 'mojego' lekarza idą w zastępstwie. Wkurzona pytam, czy 'mój' lekarz kazał im wejść jako pierwszym. Tu się zacukali, bo się wcześniej nie zapytali. Siedzę sobie na krzesełku, przede mnie wpycha się facet, a facetka stoi już pod drzwiami i chce wejść jako następna. Dostałam piany na ustach i weszłam razem z tą starszą panią, która oczywiście się wcisnęła. I wiecie co? Siadła sobie baba na krześle przed lekarzem, i co ja mam niby zrobić? Zwlec ją z tego krzesła na siłę? Przez moment miałam ochotę siąść jej na kolanach :D Mówię lekarce, że chciałabym się dowiedzieć, jaka jest kolejność, czy najpierw są przyjmowani pacjenci z zastępstwa, czy jej tradycyjni pacjenci. Ona: "Mogą być ci z zastępstwa". Starsza pani triumfuje, z krzesła, blask z niej bije jako zorza polarna i takie tam. Przynajmniej lekarz rozstrzygnął kolejność. Ale że się rozsiadła bezczelnie, zanim w ogóle było wiadomo, kto jak wchodzi - no cóż, chamstwo i tyle. Jej się pewnie wydaje, że to zaradność.


Situation nr 1.

A queue for a doctor who starts working since 8 a. m. I'm the first in the queue, meant to come in at 8 o'clock. It magically happens that I'm not the first. Three other people are before me! Because a doctor they were usually going to didn't come to work that day and they wanted to go to 'my' doctor instead of 'theirs'. I'm angry and I ask them if 'my' doctor told them to come into her study as first. They got a bit uncertain, because they hadn't ask. I'm sitting on a chair in the front of the study when a man squeezes into before me. Another woman is standing just next to the door of the study and it looks clearly that she wants to do the same. I am foaming at the mouth and I'm coming into the study with the elderly woman who, of course, has squeezed before me. And you know what? She sat on a chair in the front of a doctor and what the hell should I do? Drag her out of the chair? For a moment I had an idea to sit on her lap :D I'm telling the doctor that I'd like to know what's the proper order of the queue, are the additional patients first? The doctor says: Let be these additional first. The elderly lady has her moment of triumph and beaming like the aurora borealis, whatever. I'm glad that the doctor told the proper queue. But the lady had sat on the chair before she ever knew if she was allowed to, that's a fact. She was probably thinking she was clever while I was thinking she was rude. 


Sytuacja nr 2.

Facet chce wejść do gabinetu. Przed niego wciska się starsza pani z laską. On zwraca jej uwagę, że to nie jej kolej. Ona na to, że co on jej tu w ogóle gada! Podnosi laskę i zamachuje się nią na faceta. Ten ma refleks, zatrzymuje laskę w locie i jest w szoku, bo mogła go nią serio uszkodzić :O

Situation nr 2.

A man wants to get into a doctor's study. There's an elderly woman with a walking stick that squeezes into before him. He tells her it isn't her time. She takes a swing at the man with her walking stick. He's fast reacting and catches the stick just before him. He's shocked because she's really been able to hurt him with it.




Sytuacja nr 3:

Idę do rejestracji. Panie kilka minut rozmawiają sobie na zapleczu. Dochodzi do mnie wyraźny zapach palonych papierosów. W przychodni, gdzie wiszą plakaty o szkodliwości palenia i wędzeniu sobie płuc.

Situation nr 3:

I'm going to the registration. Ladies, who work there, sit in the backroom. I can clearly sniff a smell of smoken cigarettes. In a medication centre, where posters about harmful smoking of lungs are placed on the walls.


I tak można by sobie mnożyć przeróżne sytuacje.

And I would be able to give you more examples.


Co buduje, zdarzają się też pozytywy. Nie jest zawsze tak, że by dostać przyzwoity termin, to trzeba dać łapówkę. Nie zawsze trzeba trafić na bucefałowatego lekarza, któremu wydaje się, że jest Bogiem. Nie zawsze trafia się na obcesowe pielęgniarki. Istnieją lekarze, którzy rozmawiają z pacjentem jak z równym sobie, bez wrażenia, że ma taki medyk wielkie poczucie wyższości. Są fajne pielęgniarki z powołania, które bardzo cieszy, gdy ktoś doceni ich ciężką pracę. Zdarzają się lekarze indywidualnie podchodzący do pacjentów, którzy wykonują świetną i odpowiedzialną robotę. I są też sympatyczni kolejkowicze, którzy nie będą wpychać się 'na chama', bo to wbrew ich wychowaniu i kulturze. Bez takich ludzi leczenie to byłaby istna dżungla!

What's great, positive situations also happen. It isn't always like this that you need to give a bribe to get a decent time of waiting. You don't always have to meet a bighead doctor who thinks he/she's a God. You don't always have to meet rude nurses. There are doctors who talk to patients on equal terms, without a feeling they are much superior than you. There exist nice nurses who are very glad when you praise their hard work. There are doctors treating their patients individually. They often do a great and responsible jobs. And - nice patients do exist - they won't be squeezing into before you because it's against their manners. Without such people medical treatment would be a jungle!


Zdarza wam się dostać jakiś mocno odległy termin badania/leczenia? Jakie są wasze doświadczenia z przychodniami?

Has it ever happened to you to get a long term to wait for a medical check-up? What are your experiences with doctors, patients and nurses?

53 komentarze:

  1. Służba zdrowia to temat rzeka - można byłby mówić, pisać, mówić, pisać i tak w nieskończonośc.. co do tych papierosów - miałam identyczną sytuację.. służbę zdrowia poznałam niestety od złej strony ;/
    Sandicious

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety od złej... Ja w większości od złej, ale też zdarzały się dobre przypadki.

      Usuń
  2. ojej ja mam wiele takich historii nieprzyjemnych!

    zapisałam się do neurologa tak żeby być pierwszą z samego rana, bo musiałam dojechać do innego miasta, a potem wrócić zanim zabraknie pociągów w danych godzinach i jeszcze żeby zdążyć na kilka lekcji w klasie maturalnej. nie dość, że pani w recepcji powiedziała mi zły numer gabinetu, przez co wyglądało jakbym spóźniła się na wizytę, albo ją sobie odpuściła, to przede mną do gabinetu czekały 3 osoby na tą samą godzinę! powiedziałam, że to niemożliwe, ale jedna pani i tak się wcisnęła, a pobyła w gabinecie dosłownie 30 sekund i wyszła, mówiąc mężowi, że muszą iść najpierw do rejestracji. więc szybko weszłam do gabinetu, na biurku lekarza leżała rozpiska pacjentów i jakaż niespodzianka, że byłam pierwsza na liście, a za mną dwóch panów. wspomnianej pani już nie zobaczyłam ani w poczekalni ani przy rejestracji.

    kolejna sytuacja: mój brat uszkodził sobie stopę na wfie i kazali jechać na chirurgie, bo podejrzenie złamania śródstopia. była godzina 13:30, lekarz przyjmował do 14, a pani w okienku powiedziała, że już nikogo nie przyjmuje, bo ona ma teraz półgodzinną przerwę i mama mogła przywieźć brata wcześniej...

    znowu historia z neurologiem. pani doktor była tak wredna, że się u niej w gabinecie popłakałam. mówiła mi, że zmyślam sobie objawy, że nie może mnie tak boleć kręgosłup, bo jestem młoda, a ona ma takie choroby kręgosłupa, że mi się nawet nie śniło, a daje sobie rade. ale w końcu dała mi skierowanie na badania i okazało się, że mój kręgosłup jest w takim stanie, że spędziłam miesiąc w szpitalu na rehabilitacji, a potem miałam rehabilitacje co kilka tygodni, i dalej się leczę.

    a kiedyś pojechałam na prześwietlenie, bo miałam podejrzenie złamania nosa. nikt nie przyjął mnie przez 4h, bo lekarz dyżurujący sobie odpoczywał. w kolejce ze mną czekało jakieś 5 osób, w tym 2 małych dzieci ze złamanymi kończynami. jak już w końcu mnie przyjął to zapisał mi zlecenie na prześwietlenie ucha :))

    także nasza służba zdrowia jest super! a i w kolejkach zdarzą się perełki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz jesteś za młoda żeby Cię cokolwiek bolało - a za parę lat usłyszysz tak jak mój tata, że w jego wieku to już normalne, że boli go kręgosłup. ;-D

      Usuń
    2. Oj, chyba by mnie trafiło na takie dictum, że pani doktor ma gorzej i sobie radzi ;P Nie cierpię takich lekarek, co myślą, że młody człowiek nie wie nic o chorowaniu.
      Co do tych dzieci, o matko i córko...

      Usuń
  3. Kiedyś czekałam 4 miesiące na wizytę u ortopedy... w zasadzie to gdy dobiegał mój termin miałam już zrezygnować z wizyty bo to co mi dolegało samo przeszło, ale rozbolało mnie coś innego i koniec końców poszłam. Pierwsze co powiedziałam panu doktorowi to: "wie pan co, jak się zapisywałam bolało mnie biodro, co już przeszło. ale teraz to bolą mnie kolana, więc to w sumie może pan sprawdzić". ;-D Gdy poszłam do pracy wykupiłam sobie pakiet medyczny w prywatnych przechodniach i od tej pory staram się trzymać z daleka od nfz. Niestety nie zawsze się to udaje, ale jeśli tylko nie muszę to wolę wszystko załatwiać prywatnie.

    A z takich jeszcze "zabawnych" sytuacji - jak moja mama złamała nogę i zawiozłam ją do szpitala to od 7 rano do 14 siedziałyśmy w szpitalu. Najlepsze było to, że było tam wtedy prawie pusto, praktycznie żadnych innych pacjentów w zasięgu wzorku. A i tak tyle to trwało. Za drugim razem gdy złamała nogę była w pracy więc z pracy zabrała ją karetka do tego samego szpitala gdzie byłyśmy za pierwszym razem - godzinę później odebrałam ją gotową do wyjścia ze wszystkimi badaniami i nogą w gipsie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak ją bolało i w ogóle i tyle czekała? Bosz...

      Usuń
  4. To prawda z tym, że ludzie pchają się u lekarza byle tylko oni weszli pierwsi i nie musieli czekać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj coś na ten temat wiem.

    Dla przykładu miałam z maleństwem na już skierowanie do laryngologa. Już miało trwać 2 miesiące... nie było wyjścia i musiałam iść prywatnie...

    Innych przykładów dotyczących mnie też mogłabym sporo wymieniać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 2 miesiące, dobre sobie...
      My mieliśmy np. Bajo Bongo z anginą ropną, kiedy syn miał zaledwie kilka latek. Odsyłali nas to tu, to tam, ze szpitala na pogotowie, na pogotowiu nie zrobili zastrzyku, bo oni nie robią, trzeba do przychodni. Dodam, że już zamkniętej. Scyzoryk w kieszeni otwierał mi się na pewną pediatrę...

      Usuń
  6. Polecam, jeżeli mieszkasz w większym mieście, przepisać się do innej przychodni. Ja do teraz tęsknię za przychodnią w rodzinnym mieście, gdzie rejestrowałam się przez interenet na następny dzień na konkretną godzinę i czekałam tylko chwilkę. Choć teraz też mam fajną przychodznię, dziś byłam i w sumie więcej czasu spędziłam w gabinecie niż w poczekalni - wow!
    Ale już w szpitalach albo u specjalistów - koszmar i masakra, szczególnie z tym czekaniem :((( Zachowanie wielu ludzi - też masakra :( dobrze, że nie wszysty są tacy straszni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ile ja już tych przychodni w mieście zaliczyłam... Przy tej obecnej na razie się trzymam, bo jak już się dopcham do lekarki, wydaje mi się dobra ze swoimi diagnozami. Choć nie pali się do zlecenia państwowych badań ;P

      Usuń
  7. O polskiej służbie zdrowia można by wiele napisać i to niestety głównie złych rzeczy. Sama nieraz się przejechałam na "systemie".

    OdpowiedzUsuń
  8. U mnie, żeby dostać się do lekarza, to najlepiej stanąć pod przychodnią o 5 rano (Pani do rejestracji przychodzi koło 7). Inaczej, w najlepszym przypadku, dostaniesz się do lekarza, który wypisze Ci witaminę C na wszystko :D
    Najbardziej odległy termin, który mega mnie wkurzył, to czekanie do laryngologa - u mnie w przychodni w czerwcu zapisy były na koniec października. A ja tutaj prawie nie słyszę na jedno ucho. Dzwoniłam po różnych przychodniach, najbliższe terminy były na za 1,5-2 tygodnie. Naprawdę się wtedy dygałam, bo coraz mniej słyszałam i nie wiedziałam o co biega. W końcu pojechałam na ostry dyżur, okazało się, że mam zapalenie ucha i wszystko dobrze się skończyło.
    Inna sprawa - mój tata praktycznie obciął sobie palce. Jesteśmy mega wdzięczni lekarzom, którzy mu je poskładali do kupy, bo przez moment była rozważana amputacja jednego palca, tego najgorszego. Oczywiście nie mogło być tak różowo, na rehabilitację najbliższy termin był 3 miesiące po zagojeniu się wszystkiego, co mogło spowodować, że tata nie będzie miał tej ręki w pełni władnej, czyli prawdopodobnie poszedłby na rentę. No cóż, zarobiła prywatna służba zdrowia ;)
    Znowu mój tata - po tym, jak facet go dusił czekał ponad 12h, żeby przyjął go lekarz. Potem przez 2 miesiące chodził od lekarza do lekarza, bo go ciągle bolała głowa, każdy przepisywał mu przeciwbólowe. W końcu okazało się, że miał skrzep w tętnicy, która idzie do mózgu. Także ten, przeciwbólowe na wszystko.
    O, jeszcze przypomniało mi się, jak się za dzieciaka połamałam (dosyć częste u mnie), pojechaliśmy w nocy z rodzicami na ostry dyżur. Prześwietlenie, gips, yyy... tzn. połowa gipsu. "Jutro proszę przyjechać ze skierowaniem od lekarza rodzinnego, to będziemy dalej leczyć". Okazało się, że szpital strajkuje i dalsze leczenie polegało na dogipsowaniu ręki.
    Żeby nie było - mam też parę smaczków z prywatnych wizyt u lekarzy. Mam problemy z biodrami. W zależności od lekarza nic mi nie jest i symuluję/powinnam już-teraz-natychmiast położyć się na stole operacyjnym, bo są w tragicznym stanie/ćwiczenia załatwią sprawę. Hitem był lekarz, który na moje 'po bieganiu boli' stwierdził 'to Pani nie biega'. A że czasem trzeba podbiec - cóż, nie jego problem. (żeby nie było - objawy to nie tylko ból po bieganiu, to bym przeżyła)
    Chyba musi jeszcze wiele wody w rzece upłynąć, żeby u nas wszystko było normalnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skrzep w tętnicy, niezdiagnozowany, to z lekka horrorem zawiewa... My mamy w rodzinie dwa przypadki, w których błąd lekarski zaowocował niepełnosprawnością.
      Hehe, witamina C na wszystko ;D albo przeciwbólowe. Matko, co za konowały...
      Z twoimi biodrami też jazda. Wiele zależy od charakteru lekarza. Jeden będzie straszył, drugi lekceważy, bo co się będzie przerabiał...

      Usuń
    2. No właśnie cieszymy się, że w końcu został wykryty (w porę). Moja babcia zmarła, bo po operacji się przewróciła, powstał skrzep, a lekarze go puścili do serca... Współczuję tym osobom, niepełnosprawność to bądź co bądź duże ograniczenie.
      Zastanawiam się czasami, jakim cudem ci ludzie ukończyli medycynę ;)
      Co do bioder, to ja to w sumie olałam, a przynajmniej dopóki w miarę mogę funkcjonować i to bez przeciwbólowych, moja mama bardziej się tym przejmuje. Ćwiczę, czasami muszę przystopować, ale to też nauczyło mnie żyć na 100%, bo jutro mogę nie być w stanie wstać z łóżka :)

      Usuń
    3. Bosz, ja się też prawie przewróciłam po operacji (łapali w locie na łóżko).
      Co do lekarzy, to myślę, że to tacy studenci, jak każdy inny kierunek. I lepsi, i gorsi studenci się zdarzają, a potem mamy i lepszych, i gorszych lekarzy. Diagnostyka co bardziej skomplikowanych przypadków bywa dobijająca, no i żeby się dopchać do leczenia/badań w ogóle.
      Hehe, dawałam kiedyś korepetycje studentowi medycyny (z języka obcego). Co się nasłuchałam o niektórych przyszłych lekarzach, to moje.

      Usuń
  9. Moja mama jest pielęgniarką instrumentariuszką, pracuje w miejskim szpitalu, który nie cieszy się zbyt dobrą sławą. Nasza rodzinna przychodnia jest w porządku, kolejki wiadomo, rzecz normalna, ale takie kwiatki raczej się nie zdarzają. Dodatkowo panie w rejestracji znają mamę, więc zawsze zabieram ją ze sobą, w razie jakby miał mnie spotkać jakiś problem :D To nie jedyna zaleta posiadania mamy-pielęgniarki. Jako instrumentariuszka pracuje z różnymi specjalistami i trochę zna lekarzy, więc jak ktoś w rodzinie ma potrzebę, to zawsze podpowie, do którego warto się udać, który jest lekarzem z powołania. Dzięki niej mam teraz "prawie" idealnego palca. Kilka miesięcy temu amputowałam sobie opuszek palca krajalnicą. Mama miała akurat nocny dyżur i jak tylko zadzwoniłam (szczęście, że nie było zabiegu w tym czasie), ściągnęła na SOR znajomą panią chirurg z chirurgii ręki, która złożyła mi palec tak żeby wyglądał po ludzku. Pani doktor na prawdę poświęciła mi dużo czasu, założyła 6 malutkich szwów, zostawiła mnie jeszcze na godzinną obserwację, potem sprawdziła czy nie sinieje, bo była gotowa popuścić szwy i zrobić wszystko jeszcze raz. Gdybym czekała w kolejce te 4-7 godzin, jak zwykły pacjent, to wylądowałabym bez połowy palca(o paznokciu nie wspominając), bo po tym czasie na pewno zjadłaby go martwica. No i gdyby na SOR-rze akurat był jakiś partacz... Aż strach pomyśleć. Są i lekarze z powołania, choć w dzisiejszych czasach na prawdę ciężko ich znaleźć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam w rodzinie pielęgniarki - a raczej miałam, bo są już na emeryturze :) Cieszę się z uratowanego palca!

      Usuń
  10. Nawet nie mów... Mnie chcą leczyć chyba od 15lat na tarczycę, której nie mam, po czym okazuje się, że prawdopodobnie mogę mieć coś zupełnie innego, a objawy od dawna mam takie same i mówiłam o nich wszystkich lekarzom (oczywiście wszystkie wizyty prywatnie. Dramat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja prawie nie mam ;)
      Czyli masz objawy choroby tarczycy, której nie masz?

      Usuń
  11. Ehhh, jakie to smutne, ale tak bardzo prawdziwe. Czasem az szkoda slow.

    OdpowiedzUsuń
  12. It's pretty much the same here in Germany if you're insured in the not-private insurance (like 90% of the people). You have to wait months to get an appointment, and if you have one, you're waiting at least 1.5 hours to finally see the doctor. A lot of people also try to visit with just coming and squeezing in :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I was thinking that the situation may be better in Germany!

      Usuń
  13. Niedawno się przekonałam, że jednak służba zdrowia bezpłatna jest i to całkiem na wysokim poziomie. Tylko trzeba jeździć 50 km od nas, bo na miejscu mam wszystko skorumpowane i pożal się boże lekarzy. Ale warto jechać nieraz dale i wyłożyć na paliwo za to być obsłużonym na dobrym poziomie. Chyba w większych miastach jest lepszy dostęp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas, takie średniej wielkości miasto i niby większy dostęp, ale zależy do czego i gdzie...

      Usuń
  14. babcie wymachujące laskami są najlepsze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się , aż mi się pewna śmieszna sytuacja przypomniała :D

      Usuń
    2. One są okropne, po trupach do celu!

      Usuń
    3. A tak niepozornie czasem wyglądają!

      Usuń
  15. Trafione w sedno... jak mój mąż miał złamaną szczękę to skierowani go do laryngologa,a ten przepisał maść do nosa... Dobrze, że pojechaliśmy gdzie indzie, bo miał złamanie w 3 miejscach...

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja nie mam zdrowa do publicznej służby zdrowia i na szczęście w ramach pracy mogę bezpłatnie chodzić do prywatnych lekarzy.

    OdpowiedzUsuń
  17. Dlatego ja chodzę do prywatnej przychodni-zero kolejek, zero odległych terminów :) Taki bonus od pracodawcy :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Macie bardzo dobrze, a jeśli jeszcze lekarze się sprawdzają, to już w ogóle super :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Wszystko robię, żeby ominąć te horrory!!! Wolę dać pieniądze prywatnie, a czasem w ogóle czekam aż mi przejdzie...Inna sprawa, że ja prawie nie choruję :-). Teraz, jak przestałam jeść chleb, czuję się w ogóle ekstra. Czasem jem, ale bardzo mało i rzadko... Inna sprawa, to weci. O wetach też można napisać epopeję narodową :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozazdrościć! Ja choruję niestety, kilka chorób przewlekłych.
      Weci też są ciekawi, zwłaszcza ci, którzy z każdej choroby lub domniemanej choroby robią tragedię, byleby wyciągnąć jak najwięcej kasy.

      Usuń
  20. Wow! Amazing that the lady wanted to hit that man with her stick, that's really rude! Good post, very informative!

    OdpowiedzUsuń
  21. Z dzieckiem - tylko prywatnie. Nie mam zdrowia żeby leczyć ją państwowo. Ze sobą to tak jak mówisz, jak coś lżejszego to przychodnia a potem jakiś nervomix na skolatane nerwy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, powiem ci, że faktycznie tak jest: praktycznie za każdym razem, co wyjdę z publicznej przychodni, to na wnerwie...
      Z kolei u nas jest tak, że pediatrzy są raczej przyzwoici, to tych dla dorosłych trafiamy gorszych.

      Usuń
  22. Złodzieje, ile razy musiałem czekac czekac po czym się okazało, że jednak dzis nikt mnie nie przyjmie to jest żałosne co sie dzieje ... eh

    OdpowiedzUsuń
  23. Kolejki jeszcze jakoś przeżyję ale chamstwo i debilizm (bo inaczej tego nazwać nie mogę) lekarzy już nie.
    Kiedyś tato mojej koleżanki godzinę leżał sam na izbie przyjęć po ataku serca i nikt do niego nie podszedł, widocznie uznali, że nie potrzebuje pomocy. Pozabijałabym tam wszystkich na miejscu.
    Innym razem moja siostra cioteczna wylądowała w szpitalu przez ostry ból brzucha, miała może z 12 lat, albo nawet mniej. Moja ciotka poprosiła lekarza (był ordynatorem) żeby zrobić jej USG, a ten debil zaczął się śmiać jakby jakiś kawał opowiedziała i wyszedł.
    Powiem tyle, to nie ludzie, to są bestie bez serca, którzy robią coś dopiero jak im się kopertę do ręki da, a i takie przypadki też znam.
    Wszystko to jest o szpitalu w Tomaszowie Lubelskim, już od dawna mówię o tym że jak zajdę w ciążę i będę rodzić, w życiu tam nie pójdę. tam nawet podczas porodu wszyscy mają kobietę w dupie i sama musi sobie radzić. Mojej koleżanki dziecko ma czerwoną plamę na czułku bo ordynator go tak za główkę przy porodzie ściną. Bardzie bym się bała jechać do tego szpitala niż zostać w domu w ciężkim stanie, tam tylko zaszkodzić mogą jeszcze bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straszna ta historia z tatą koleżanki, ta z dwunastolatką też niewesoła...
      Powiem ci, że nigdy nie dałam łapówki, nawet, gdy trzeba było mnie operować. Totalnie wbrew moim zasadom i nie potrafię dawać łapówek. Wyszłam z założenia, że jak lekarz pracuje w niepublicznym szpitalu, to chyba dobrze mu płacą? :P Niby zrobił, co miał zrobić - choć operacja okazała się niby trudniejsza, niż pierwotnie przewidywał... Lepiej się czułam po tej operacji, jedno ale: po kilku miesiącach poczułam coś ostrego pod skórą. Przerażona, że mi jakąś igłę zaszyli :O Tymczasem okazało się, że to nie rozpuszczony szew spod spodu wylazł na wierzch (przebił skórę).

      Usuń
  24. That's really interesting! Usually the wait in Canada isn't too bad... I think the longest I've waited is 1 hour... Depends on the clinic though

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I want to Canada! Seriously, I like this country, I see many positives in living there.

      Usuń
  25. Od samego czytania odechciewa się chorować. Ja swego czasu chodziłam "co nieco" po lekarzach i w sumie te kolejki to mogłyby być nawet 5x dłuższe pod warunkiem, że lekarz zdiagnozowałby chorobę - niestety skuteczność diagnozowania niepopularnych schorzeń jest zatrważająca, człowiek odbija się po lekarzach jak we fliperze a każdy z nich wypisuje recepty na zasadzie "a nuż pomoże" i od tych wszystkich środków "na wszelki wypadek" człowiek jeszcze bardziej choruje. A antybiotyki rozdają jak cukierki. CHORE!
    PS. Ale znam kilku naprawdę dobrych lekarzy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak - co nietypowe, to wielu z nich głupieje, bo przypadek niestandardowy.
      A lekami 'strzelają' na lewo i prawo na zasadzie 'chybił-trafił'.
      P. S. Ja też :)

      Usuń